poniedziałek, 20 kwietnia 2015

[02] Rozdział II

     - Dlaczego ty się tak mocno malujesz? - spytałam, spoglądając jak Lucy nakłada kolejne fioletowe cienie na swoje powieki, a raczej dookoła oczu.
- Bo to lubię - usłyszałam jej głos znudzony kolejnymi pytaniami na ten temat.
     Od godziny leżałam na łóżku Lucy próbując zrozumieć, dlaczego ukrywa swoją piękną twarz, o delikatnej urodzie, pod toną makijażu. Byłam jedną z nielicznych osób, które widziały ją w naturalnym stanie. W sumie oprócz mnie tylko jej mama i brat widzieli ją taką. Jej makijaż dzienny  składał się z podkładu, korektora, pudru, kilkunastu cieni, eyelinera, mocno wytuszowanych rzęs i ciemnej szminki. Nie byłam w stanie odnaleźć powodu nakładania tego wszystkiego. Dla mnie była piękniejsza bez wszelkich ulepszeń. Jednak Lucy codziennie spędzała godzinę, starając się zakryć wszystko, co naturalne na swojej twarzy, a ja wiedząc, że i tak nie uda mi się jej od tego odwieść, przestałam próbować i cierpliwie czekałam, aż skończy.
- Już - oznajmiła z uśmiechem na ustach, odwracając się w moją stronę. - Możemy iść -mówiąc to wstała z krzesła, złapała czarną kurtkę i skierowała się w stronę drzwi.
Zatrzymała się jednak, widząc, że ja wciąż leże na jej łóżku i nie mam zamiaru wstać. Odkręciłam się tylko w jej stronę i walczyłam ze sobą, czy powiedzieć jej o swoim śnie. O ile to był sen.
- Co jest? Coś się stało? - spytała, widząc wyraz mojej twarzy.
Nie wiedziałam, czy powinnam jej o tym powiedzieć. Ale komu, jak nie Lucy? Przecież była dla mnie jak siostra.
- Wiesz, jak zapytałaś co mi się stało w twarz, skąd to rozcięcie, to...ja skłamałam. - ciężko było mi to powiedzieć, bo jeszcze nigdy jej nie oszukałam, ale nie miałam pojęcia, jak jej wytłumaczyć to, co się stało. - Wiem, że nie powinnam, ale to takie irracjonalne. Bo widzisz...miałam w nocy taki dziwny sen. Ktoś mnie gonił i ja nie mogłam uciec. Kiedy w końcu myślałam, że go zgubiłam, on nagle się pojawił i mi to zrobił - mówiąc to wskazałam swój zraniony policzek - Gdy się obudziłam, myślałam, że już wszystko jest ok, ale poszłam do łazienki i zobaczyłam krew. Co to wszystko znaczy?
Mój głos zaczął się łamać i nie zdołałam nad nim zapanować, jednak miałam zadzieję, że nie słychać w nim było, jak bardzo mnie to przeraża. Nie słysząc żadnej odpowiedzi ze strony Lucy, spojrzałam na nią i żałowałam, że nie zostawiłam tego dla siebie. Stała wciąż przy drzwiach, patrząc na mnie wielkimi, wystraszonymi oczami. Kurczę, mogłam jej tego nie mówić, nie wiedziałam, że aż tak się przejmie. Chciałam ją jakoś uspokoić, ale nie bardzo wiedziałam jak.
- Pewnie histeryzuję i przesadzam - powiedziałam, spokojniejszym już głosem, starając się zapanować nad emocjami - Zapomnij o tym. Może po prostu kręciłam się przez sen i sama się zadrapałam. - Wstałam z łóżka, sięgając po telefon i podeszłam do Lucy, która już się chyba trochę uspokoiła, a przynajmniej tak wyglądała.
- Masz rację - powiedziała dziwnie nieobecnym i wyblakłym głosem - pewnie nie ma się czym przejmować.
- To jak? Idziemy?
- Tak, tak, tylko jeszcze coś wezmę - odpowiedziała, po czym wyjęła jakiś łańcuszek z szuflady przy biurku. Chciałam się mu przyjrzeć, lecz schowała go szybko do kieszeni i otworzyła drzwi. Zrezygnowałam z pytań, bo wiedziałam, że i tak mi nie powie co to jest, więc odnotowałam tylko w pamięci, żeby mu się kiedyś przyjrzeć i wyszłam przez otwarte drzwi za Lucy.

~*~

     Spacerowałyśmy z Lucy po parku, rozmawiając o jej obecnym chłopaku. Ona nigdy nie była sama. Gdy tylko kończył się jej związek, za chwilę było wokół niej już kilku kolejnych adoratorów. A Lucy miała słabość do chłopców. Nie była dziewczyną, która potrzebowała nowego chłopaka co kilka dni. Powodem jej krótkotrwałych związków, była obawa przed zranieniem. Dwa lata temu miała idealnego chłopaka, z którym była niesamowicie szczęśliwa. Wiecznie uśmiechnięta i zadowolona. Wtedy jeszcze nie ukrywała swojej delikatności pod mocnym makijażem. Była taka niewinna...do czasu. Po pół roku idealnego związku zaczęły się awantury i kłótnie, które ją wyniszczały psychicznie. Na każdym kroku chorobliwa zazdrość, kontrola i ograniczenia. Raz gdy do niej przyszłam, bo od kilku dni nie odbierała telefonu i nie wychodziła z domu, zobaczyłam wielkiego siniaka na jej policzku. Nie mieszałam się w jej związek, ale tego już było za wiele. Przekroczył granicę i postanowiłam interweniować, więc wybrałam się do niego z wizytą, żeby kazać mu trzymać się od niej z daleka. Jednak, gdy przyszłam do niego do domu, drzwi były otwarte i nikt nie odpowiadał na moje wołanie. Wchodząc do środka, przeszedł mnie dreszcz i wiedziałam już, że coś jest nie tak. Sprawdziłam kuchnię, jednak nikogo w niej nie było, więc skierowałam się w stronę salonu. Coś wewnątrz mnie krzyczało, abym stamtąd uciekała, ale uciszyłam ten głos i poszłam dalej. To co tam zastałam, wstrząsnęło mną. W fotelu przed telewizorem siedział Matt, chłopak Lucy. Miał otwarte, nieobecne oczy i ręce na oparciu. W jednej z nich był nóż z zakrzepłą już krwią, a na drugiej widniała wielka, otwarta rana, całą w ciemnej czerwonej mazi. Na podłodze utworzyła się ogromna kałuża krwi, pochodząca z owej rany. Na jego twarzy zastygł wyraz szoku i przerażenia. Niewiele myśląc, wybiegłam stamtąd i skierowałam się prosto do Lucy. Gdy opowiedziałam jej, co zastałam w jego domu, nie wydawała się zaskoczona, tylko zaczęła płakać i nic nie powiedziała. Od tego dnia zmieniła się w obecną wersję Lucy. Wszyscy myśleli, że stała się pewna siebie i odważna, ale to tylko powłoka. Nie dopuszczała do siebie chłopaków za blisko, jakby bała się, że ktoś ją znowu zrani. Dlatego jej późniejsze związki nie trwały długo i kończyły się, zanim ktoś poznał jej prawdziwą naturę.
    Po raz kolejny tłumaczyłam jej, żeby dała Krisowi szansę poznać ją, taką, jaka jest naprawdę, a nie tylko jej powłokę, jednak jej odpowiedź mnie zaskoczyła.
- Nie wiesz jak to jest - powiedziała chłodnym tonem - Ty nigdy nie miałaś chłopaka, tylko Erica i to on cię zostawił, więc daj mi spokój.
Zabolało. Trafiła w czuły punkt. Dobrze wiedziała, dlaczego Eric ze mną zerwał. Chciał, żebym mu się oddała, ale ja nie byłam jeszcze na to gotowa. Po kilku natarczywych próbach, które nie zakończyły się pomyślnie, zerwał ze mną ... poszedł do pierwszej lepszej dziewczyny, którą spotkał na imprezie i się z nią przespał. Tylko Lucy znała szczegóły, nawet Mike nic nie wiedział, bo byłam pewna, że się zdenerwuje i zrobi coś głupiego.
     Spojrzała na mnie, wiedząc, że posunęła się za daleko i nie powinna o nim wspominać.
- Przepraszam ... ja nie chciałam. Naprawdę, wiem, dlaczego z Tobą zerwał i że był łajdakiem. Po prostu poniosło mnie. - Mówiąc to, przytuliła mnie i jeszcze kilka razy przepraszała. - Wiesz, ja też do końca nie byłam z Tobą szczera.
Odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią. Na twarzy Lucy mieszały się różne uczucia, jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie mogła. Nie chciałam jej męczyć, ale wiedziałam, że jak komuś powie to będzie jej lżej.
- Lucy... - zaczęłam ostrożnie, nie wiedząc, jak zacząć. -Ja myślę, że to nie było zwykłe samobójstwo. Czy Ty... czy ktoś mu pomógł, albo nakłonił?
Po dłuższej chwili, gdy nie uzyskałam żadnej odpowiedzi na swoje pytanie, zatrzymałam się i popatrzyłam na nią. Też stanęła i wpatrywała się w dróżkę przed sobą. Po kilku  minutach milczenia popatrzyła na mnie, a w jej oczach widać było łzy, jakby walczyła ze sobą, żeby się nie rozpłakać.
- Lyss, ja nie jestem jeszcze gotowa, żeby o tym mówić - głos jej się łamał i słychać było, że to dla niej zbyt bolesne. - Proszę, zostawmy to. Powiem ci, jak będę gotowa, ale boję się, że to dla ciebie za wiele i nie chcę cię tym obarczać.
- Wiesz, że jesteś dla mnie jak siostra i możesz powiedzieć wszystko, nie ważne co to jest.
- Wiem i ci powiem, ale jeszcze nie teraz. Ja... nie potrafię. Błagam zrozum to.
- Dobrze, jak chcesz, ale pamiętaj, że czekam i jak tylko będziesz chciała, to zawsze jestem gotowa - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niej. Spróbowała odwzajemnić uśmiech, lecz nie objął on jej oczu.
- Chodź, wracajmy już, bo robi się późno, jestem zmęczona i chcę się położyć, a jeszcze Kris chciał do mnie wpaść wieczorem.
     Ruszyłyśmy w stronę naszej ulicy, jednak o czymś sobie przypomniałam.
- Kurczę, miałam zajść do księgarni, bo Mike chciał jakąś książkę.
- To wiesz co, idź sama, bo ja naprawdę jestem wykończona i muszę odpocząć.
- To widzimy się jutro - powiedziałam i rozeszłyśmy się w przeciwne strony.
Gdy dochodziłam już do zakrętu, usłyszałam jeszcze głos Lucy, która krzyknęła, że zadzwoni do mnie wieczorem, bo musi ze mną o czymś porozmawiać. Chciałam zapytać o co chodzi, lecz zniknęła mi już z oczu. Zaciekawiona tematem naszej przyszłej rozmowy, szłam przed siebie, nie patrząc nie drogę, tylko rozmyślając o czym też może chcieć porozmawiać. Nie zdziwiłam się, gdy z roztargnienia wpadłam na kogoś wychodzącego z bocznej uliczki.
- Przepraszam, nie zauważyłam pana, to moja wina - wybełkotałam nieobecnym tonem i chciałam iść dalej, jednak mężczyzna złapał mnie za rękę.
- Poczekaj - powiedział, a w jego głosie słychać było zdziwienie pomieszane z ekscytacją.
Zaniepokojona odwróciłam się i jeszcze raz przeprosiłam, mając nadzieję, że nieznajomy mnie puści i pójdzie w swoją stronę. Jednak nic z tego. Mężczyzna nadal trzymał mój nadgarstek i wpatrywał się we mnie intensywnie swoimi oczami ... oczami w kolorze nocnego nieba. Mój niepokój przemienił się w przerażenie. Widziałam te oczy nie raz, w swoim śnie. To był on. Ale jak...? W jaki sposób mnie odnalazł?
- Przepraszam, śpieszę się - powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał spokojnie i nie było w nim słychać mojego przerażenia. - Mógłby pan mnie puścić? - poprosiłam grzecznie, by nie dawać mu podstaw do dalszej rozmowy.
Mężczyzna spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Jednak nie było w tym nic serdecznego, wręcz przeciwnie. Na widok wyrazu jego twarzy przeszedł mnie dreszcz. Czekałam na to co zrobi z niepokojem, mając nadzieję, że to tylko moja wyobraźnia. Jednak okazało się, że nic sobie nie wymyśliłam.
- Nie poznajesz mnie? - spytał mężczyzna rozbawionym głosem.- Spotkaliśmy się już nie raz. W Twoim śnie i w dzieciństwie.
Gdy to usłyszałam, wiedziałam już, że jak nie ucieknę, to stanie się coś złego. Zaczęłam wyrywać się z jego uścisku, jednak moje wysiłki nie dały efektu. Mężczyzna wciąż trzymał mnie za rękę i tylko roześmiał się. Zrezygnowana spróbowałam jeszcze raz wyrwać się z jego uścisku. Stało się coś dziwnego. Nieznajomy, choć nie wiem, czy tak do końca  był nieznajomym, puścił moją rękę, jakby coś go poraziło, a na jego twarzy malował się wyraz niedowierzania i zaskoczenia. Niewiele myśląc odkręciłam się i pobiegłam ile sił w nogach do domu. Nie oglądałam się za siebie i zwolniłam dopiero na przed drzwiami swojego domu. Weszłam jak najszybciej, zamknęłam za sobą drzwi na klucz i opadłam na podłogę opierając się plecami i ścianę. Próbowałam uspokoić oddech, jednak zdenerwowanie mi na to nie pozwalało. Krzyknęłam przerażona, na widok Mike'a wychodzącego z salonu, zapewne zaniepokojonego moim gwałtownym powrotem.
- Co się stało? - spytał podchodząc do mnie i pomagając mi wstać.
Cała się trzęsłam i gdyby mnie nie przytrzymał, to najprawdopodobniej wylądowałabym na podłodze, bo nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Szok i przerażenie ściskały moje gardło i nie pozwalały mi nic powiedzieć. Gdy Mike nie doczekał się odpowiedzi, podniósł moją twarz i spojrzał w oczy, w których szkliły się łzy.
- Spotkałam Go - wydusiłam w końcu z siebie i nie będąc w stanie powstrzymywać łez, wybuchłam płaczem, a Mike nic nie mówiąc przytulił mnie mocno.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Wróciłam. Aż mi wstyd, że tyle tu nie zaglądałam i zaniedbałam tę historię. Przepraszam i mam nadzieję, że długość rozdziału zrekompensuję choć w małym stopniu moją nieobecność. Jak zwykle liczę na szczere komentarze i opinie :)